Menu

Sportowe Zapiski Kiepsko Uczesane

Bartoszcze pisze o sporcie.

Migawki z Planicy

bartoszcze

Planica. Skakanie w przedpołudniowym słońcu dziś jak za najlepszych czasów, z wiaterkiem pod narty i lataniem nad smrekami. Różnica względem zamierzchłych czasów taka, że w dole zeskoku nie widać mokrych plam topniejącego śniegu, widocznie chemia go lepiej trzyma (wszędzie wokół poza zeskokiem ani śladu zimy, w końcu to już wiosna).

Kiedyś człowiek z zapartym tchem patrzył na dwieście z haczykiem, potem na dwieście dwadzieścia plus, teraz otwiera buzię przy przekroczeniu dwóch boisk piłkarskich (plecy Janne Ahonena pamiętają). Wąsacz Johansson szaleje, był pewnie pierwszym człowiekiem na świecie, który na dwóch różnych skoczniach poleciał ćwierć kilometra. Król Kamil ochrzcił zadkiem śnieg bijąc rekord skoczni, ale że sędziowie przymknęli oko, to te 251,5 metra pewnie się ostanie (w oficjalnych wynikach konkursu póki co jest).

Zastanawiam się, jak Włosi mówią swojemu aktualnemu trenerowi: Luca, czy Łukasz? Fajnie się patrzy, kiedy tacy niegdysiejsi outsiderzy się sprawują, dziś zabrakło im przynajmniej trzeciego, żeby awansować do drugiej serii kosztem Czechów (u nich też widać jakąś przyszłość, ale tam Polak nie pracuje). Wczoraj był piękny moment, kiedy Insam z Colloredo liderowali stawce i mieli już pewny awans do drugiej serii, ciekawe czy Łukasz da radę jeszcze kogoś tam rozwinąć. 

Miła jest świadomość, że potrzeba cudu, żeby Polakom odebrać Puchar Narodów. Nawet gdyby jutro nie startowali, to rywale musieliby całą drużyną stanąć ex aequo na najwyższym stopniu podium (obsadzenie całego podium to za mało). Z kolei żeby Stoch mógł zgarnąć Puchar Świata, to... musieliby Krafta zdyskwalifikować (nawet przy upadku dałby radę wejść do piętnastki, sądzę). Ale i tak miło.

Odwiedziłbym kiedyś tę Planicę, może być i latem.

Poznań Saint-Germain

bartoszcze

Ależ mamy zadymę. Najbliższe dni, tygodnie, miesiące (czy ile tam upłynie do kolejnej dobrej okazji) będą upływały pod znakiem gorących reakcji na mecz Barcelony z PSG. Dla jednych będzie to euforia, dla innych wydarzenie na miarę finałów LM AD 1999 czy AD 2005, dla jeszcze innych powód do guanoburzy i snucia teorii spiskowych. Trzeba przyznać, że 6:1 w meczu tej rangi zdarza się nieczęsto, zwłaszcza kiedy trzy gole padają od 88 minuty wzwyż, i dopiero ostatni decyduje o awansie (gdyby komuś umknęło, w pierwszym meczu było 0:4).

Burze będą, bo na sześć goli Barcelony dwa padły po karnych (jeden w 89 czy 90 minucie, nie nadążam), jeden po tym jak przewracający się obrońca wjechał głową w nogi mknącego na bramkę rywala, drugi po malowniczym upadku Suareza w okolicy obrońcy, który z jednej strony machnął mu łokciem koło głowy, a z drugiej - udem koło pośladków (zapewne za dwa lata fizycy ustalą, czy doszło do kontaktu). Do tego Neymar złośliwie (choć niekoniecznie brutalnie) przykopał rywalowi po piszczelach i dostał za to tylko żółtą kartkę (zanim strzelił dwa gole w końcowych siedmiu minutach...), a sędzia nie podyktował ponoć (wszystkie te uwagi w zasadzie ponoć, bo nie oglądałem,częściowo śledziłem relację internetową) karnego dla paryżan, kiedy w sytuacji sam na sam di Maria został zahaczony przez obrońcę... Z drugiej strony w tej wspomnianej sytuacji di Maria miał z boku Cavaniego (czyli dwóch na bramkarza), ale zamiast mu podać na pustą bramkę, wolał się bawić z bramkarzem, może pamiętał że Cavani wcześniej przyładował na pustą bramkę w słupek. Jak podliczył pewien statystyk, od 85 minuty piłkarze PSG zaliczyli raptem cztery celne podania, w tym trzy przy wznowieniu ze środka boiska po straconych golach...

Wyliczam tak te burzowe niuanse pokazując, że ogólnie sporo kupy było w tym meczu, obustronnie. W tyle głowy zaś cały czas mam zupełnie inny mecz, też z 1/8 najważniejszych rozgrywek klubowych, też z udziałem francuskiej drużyny, też zakończony wynikiem 6:1 i trzema golami w końcowych siedmiu minutach. I też gdyby przegrani wykorzystali wszystko co mieli, i lepiej wytrzymali końcówkę... Fakt, w pierwszym meczu Lech wygrał w Poznaniu tylko 3:2 (a nie 4:0), a Olympique Marsylia zawędrował potem do finału (gdzie zgasiła go Crvena Zvezda). Teorie spiskowe, że Tapie miał struć poznaniaków, krążą do dziś...

Ósemki

bartoszcze

Był ci to konkurs. Czołowa czwórka odskoczyła reszcie o osiem punktów, dzieląc między sobą miejsca nieco ponad dwoma punktami (mniej niż dwa metry). Tym razem karty definitywnie rozdał wiatr - wiał lekko, lecz zmiennie, na tyle że zrobił w obrębie tej czwórki osiem punktów różnicy; gdyby nie punkty za wiatr, to mistrzem byłby Stjernen przed Żyłą, a Wellinger obszedłby się smakiem. Kraftowi sprzyjali też sędziowie, choć dali mu tylko mistrzostwo (medal dał mu wiatr).

I może się to wydawać niewiarygodne, to czołowa ósemka jest jeszcze bardziej polska niż na średniej skoczni. Z medalem indywidualnym skończył ostatecznie tylko "Pieter" Żyła, to cała czwórka zameldowała się w ósemce. Aż dziw, że Maciek Kot nie skończył na "swoim" piątym miejscu. 

Bo i też te mistrzostwa w Lahti pod znakiem ósemki stoją. Ósmy był Staręga w sprincie i Kowalczyk na "dysze", ósma przybiegła też dziś kobieca sztafeta (ósma mogła być też sztafeta sprinterek, gdyby nie potknięcie Kowalczyk na stadionie). Skoczkowie wyskakali dotąd siedem miejsc w ósemce (kto wie, może i w drużynie mieszanej by się udało, gdyby Tajner jakieś zawodniczki wysłał...), czołowa ósemka (czyli druga seria) w męskiej drużynówce w zasadzie pewna, a może i wreszcie jakieś złoto?

Wiatr?

bartoszcze

Miało być tak pięknie: Stoch ustanowił rekord skoczni, Kubacki wygrał kwalifikacje, cały czas się kręcili w czołówce. A potem przyszedł konkurs, i skończyło się na miejscach 4, 5, 8.

Oczywiście trwa już roztrząsanie, komu sędziowie noty zaniżyli a komu zawyżyli i dlaczego mogło to wypaczyć kształt podium. Ja jednak wolałem się przyjrzeć dokładnym liczbom. Do Krafta tego dnia nikt właściwie nie miał podejścia, miał i najwyższe noty sędziowskie, i najdalsze łącznie skoki (chociaż jego przewaga nie była jakaś gigantyczna). Wellinger też latał dalej niż cała reszta (choć nieznacznie). A różnicę robił...

Nie wiem, czy na średniej skoczni w Lahti wiatr odgrywa istotną rolę. Jeżeli nie, to Kamil miał pecha - jako jedyny z pierwszej dziesiątki miał per saldo odjęte punkty, Eisenbichlerowi zaś solidnie (jak na ten dzień) dodano, ponad cztery punkty (w dziesiątce tylko Kot miał więcej); należy jednak oddać mu honor, bo w najważniejszym momencie potrafił polecieć tyle trzeba. Jeżeli zaś wiatr miał znaczenie, to Kamil zwyczajnie nie wykorzystał najkorzystniejszych warunków - w pierwszej serii miał lepszy wiatr niż Wellinger, w drugiej lepszy niż Eisenbichler, i w obu przypadkach nie potrafił polecieć dalej od nich. Gdyby odrzucić noty za wiatr, to miałby brąz (Kot i Kubacki byliby ex aequo na miejscu 7), ale nie tego się spodziewaliśmy po liderze Pucharu Świata (on sam zresztą też nie). To był taki konkurs jak drużynówka w Soczi - skoki były dobre, ale do medalu musiały być bardzo dobre.

Skończę optymistycznym wspomnieniem: 16 lat temu Adam Małysz w swojej szczytowej formie przyjechał do Lahti i w pierwszym konkursie indywidualnym przegrał z Martinem Schmittem. Nasi skoczkowie są w szczytowej (jak dotąd) formie jako drużyna, może w drugim konkursie dolecą do podium (tak jak Małysz w 2001 do mistrzostwa). A potem jeszcze konkurs drużynowy...

Niedosyt

bartoszcze

Dobrze być kiepskim złym prorokiem. Obawiałem się, że Kamil nie jest dość mocny, skoro ucieka się do sztuczek taktycznych (podobno to trener wolał dmuchać na zimne). Na szczęście co do tego Kamil wyjaśnił sytuację zaraz po opublikowaniu tej pełnej obaw notki, oddając najdłuższy skok konkursu i obejmując prowadzenie w klasyfikacji turnieju.

Patrzę mokrymi oczami na te wyniki, na te wręczanie nagród, i odczuwam... niedosyt. Ci, którzy oglądali - wiedzą, że w końcowej serii trwało gorączkowe przeliczanie punktów, że były cichutkie nadzieje na całkowicie polskie podium konkursu w Bischofshofen (Maciek Kot skończył na swoim tradycyjnym piątym miejscu) i znacznie głośniejsze na całkowicie polskie podium Turnieju (Maciej Kot skończył czwarty, niecałe osiem punktów za Tande).

Ale ja odczuwam pewien sportowy niedosyt. Kamil był liderem punktacji TCS przed ostatnią serią, być może ta sytuacja po prostu Tande przerosła (chyba popełnił szkolny błąd na progu, albo dostał jakiś arcypechowy podmuch z boku*), więc o sukcesie Kamila nikt nie może nawet pisnąć złego słowa. Niezmiernie się cieszę, że równe skoki Piotrka Żyły ("garbik, fajeczka...") dały mu dziś podium (jedyne w Turnieju) i drugie miejsce w klasyfikacji Turnieju, ale choroba Hayboecka (dziś  drugi) i zwłaszcza Krafta (plus ta katastrofa Tandego) wydatnie w tym pomogły. Oczywiście, szczęście sprzyja lepszym, i lepiej że tym razem innych dopadł pech - ale chyba lepiej smakuje wielki sukces, kiedy przeciwnicy nie odpadają jak muchy. 

Miałem też cichą nadzieję, że Kamil wygra Turniej bez wygrywania któregokolwiek konkursów, ale w tym zakresie mój niedosyt to fanaberia.

Niemniej powtórzmy to jeszcze raz:
Bischofshofen: 1. Stoch, 3. Żyła
TCS: 1. Stoch, 2. Żyła, 4. Kot

Jak to smakuje.

*wg obecnych doniesień w locie wypiął mu się but, więc pech

Mocny nie potrzebuje sztuczek

bartoszcze

Miło się patrzy, kiedy bukmacherzy i pundici (jaką to słowo karierę zrobiło ostatnio) typują Polaka na zwycięzcę, także wtedy, kiedy chodzi o zwycięzcę Turnieju Czterech Skoczni. Po Oberstdorfie Kamil Stoch tracił do Stefana Krafta około dwóch metrów, na dystansie sześciu skoków jak najbardziej do nadrobienia.

Zmarszczyłem jednak brwi, kiedy nie zobaczyłem go w kwalifikacjach w Ga-Pa. Mogło to oznaczać, że szkoda mu sił na kwalifikacje - co nie wydaje się najlepszą wróżbą - albo że jest to próba sztuczki psychologicznej, obliczonej na wywarcie na Krafta dodatkowej presji. Nie umiem się jednak oprzeć wrażeniu, że to próba kompensowania względnej słabości, po trosze przyznanie się do minimalnej wyższości Krafta - co nieszczególnie wróży w sytuacji, kiedy potrzebne są skoki nie tylko dobre, ale i bardzo dalekie. 

W pierwszej serii w Ga-Pa Kraft dołożył do przewagi półtora metra. Nie jestem optymistą co do wygranej (choć miło patrzeć na trójkę Polaków w czołowej szóstce, z poważnymi szansami na trzy miejsca w czołowej dziesiątce na koniec Turnieju).

© Sportowe Zapiski Kiepsko Uczesane
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci